W DZIEWICZYCH LASACH AMERYKI - fragmenty
CZĘŚĆ II.
I.
Lucia przyznaje się do winy. — Przypowieść Juany. — Zośka na Latawcu. — Don Leon Wojskim. — Rozstanie. — Miss Oliwia przepisuje kuracyę Mon-Avoir. — Dom rodzinny. — Co kraj, to obyczaj.
Pod czujną strażą don Leona Lucia z miss Oliwią i Juaną szczęśliwie przybyły do Vera-Cruz. W wielkiem portowem mieście niejedno byłoby do widzenia, Lucia jednak zbyt czuła się smutną, aby pragnąć jakiejkolwiek rozrywki, choćby nawet tej, jaką przynosi zaspokojenie ciekawości, rozbudzonej widokiem rzeczy nadzwyczajnych. Chociaż więc miss Oliwia usiłowała dodawać jej bodźca, przypominając od czasu do czasu, że raz opuściwszy te strony, już tu potem nie wróci, dziewczynka jakoś nie miała ochoty ruszać się z hotelu, gdzie po długiej podróży z przyjemnością odnalazła prawdziwie wielkomiejski i regularny tryb życia.
Miss Oliwię martwiła apatya, w jaką popadła Lucia; pojmowała jednak, że po tak bolesnych wstrząśnieniach biedne dziecko potrzebuje dojść do równowagi, i nie zmuszała Luci do wychodzenia; owszem, liczyła nawet na to, że wypoczynek dobrze na nią oddziała. Don Leon tem mniej próbował sprzeciwiać się Luci; Złoty-Motyl był dla niego stworzeniem, któremu należało dogadzać i niewolniczo stosować się do jego żądań — czego zresztą sam pierwszy dawał przykład.
Pozwolono więc Luci wypocząć dni kilka, nie wspominając nawet o dalszej podróży, — przypuszczano bowiem, że pragnie aż do ostatniej chwili oddalać od siebie myśl o niemiłej konieczności. Trwało to tydzień, drugi i trzeci, i już don Leon zaczynał kłopotać się trochę, co mu czynić należy, bo za trzy dni wypływać miał z portu parowiec angielski, który złożywszy w Vera-Cruz przywiezione z Europy towary, płynął z resztą ładunku do Brazylii, zabierając na pokład pasażerów, ale takich tylko, których polecił kapitanowi ktoś znajomy. O list polecający do kapitana z łatwością mógł wystarać się don Leon i mocno pragnął skorzystać ze sposobności odbycia podróży z całem bezpieczeństwem i wygodą, nie śmiał jednak naglić Luci do wyjazdu, a nie chciał, aby ją do tego nagliła miss Oliwią, której Lucia nie byłaby śmiała stawiać oporu, przywykła ulegać jej od dziecka.
Ale Lucia, chociaż na chwilę samolubnie poddała się smutkowi, usprawiedliwionemu bolesnymi wypadkami, które w jej życiu zaszły, nie była ani samolubną, ani skłonną do długiego zatapiania się w bezczynnym smutku i bez niczyjego przypominania zrozumiała też, że nie wolno jej nadużywać wyrozumiałości miss Oliwii, ani braterskiej tkliwości don Leona, i że czego zmienić nie można, to znieść trzeba koniecznie, a co zrobione być musi, to lepiej zrobić dziś, niż jutro.
Pewnego więc dnia, gdy don Leon, zafrasowany jakiś i milczący siedział przy rannem śniadaniu, przy którem gospodarowała. Lucia, dziewczynka, podając mu filiżankę wonnej kawy, zagadnęła niespodzianie:
— Czemu kuzynek taki chmurny?
— Wszyscyśmy chyba nie weseli — odpowiedział wymijająco.
— O! mnie nawet bardzo a bardzo smutno — szczerze wyznała Lucia.
— Mnie zaś troską przejmuje odpowiedzialność, jaką wziąłem na siebie — równą szczerością odpłacił jej don Leon.
Po tej wymianie zwierzeń nastąpiła chwila milczenia.
— Zdaje mi się — nieśmiało zaczęła Lucia, — że ta odpowiedzialność mniejby ci ciężyła, gdybym ja ci nie przyczyniała kłopotu?
— Luciu! przecież ja ci nie robię wyrzutów! — żywo podchwycił don Leon, rozrzewniony smutną i nieśmiałą minką dziewczynki, nie dawno jeszcze tak swobodnej, tak wesołej, tak nic niewiedzącej o kłopotach i odpowiedzialności życia.
— I nie zrobiłbyś mi nigdy żadnego, boś najpoczciwszy w świecie — rzekła mu na to Lucia z powagą; — ale to nie racya, abym ja dobroć twoją wyzyskiwała. Miss Oliwia także za dobra jest dla mnie — dodała, z wdzięcznością spoglądając na Angielkę.
— Co chcesz przez to powiedzieć, Luciu? — spytała miss Oliwia z całą obojętnością, na jaką zdobyć się mogła w tej chwili, choć rozumiała, do czego Lucia zmierza, i szczęśliwą się czuła, widząc, że wychowanka jej odpowiada nadziejom, jakie zawsze pokładała w jej rozumie i sercu.
— To, pani droga, że widzę doskonale, jak mnie oboje oszczędzacie, jak delikatnymi jesteście dla mnie, i widzę to także, że... trochę tego nadużyłam. Ale więcej już tego nie będzie. Jak myślisz, kuzynku — dodała po krótkiej przerwie, — możebyśmy już wyruszyli do Vera-Cruz?
— Luciu! złota z ciebie dziewczynka! doskonałość! — wybuchnął don Leon, nie tając radości, jaką go przejęła ta propozycya.
— Nigdy nie wątpiłam o rozsądku Luci — spokojnie przerwała mu wykrzykniki miss Oliwia.
— Choć miała pani do tego prawo! — szepnęła Lucia z uśmiechem, przypominającym dawną,
